Dragon Ball Z: Attack of the Saiyans Recenzja

Czy legenda może istnieć wiecznie? Gier spod znaku Smoczych Kul jest naprawdę mnóstwo, ciągle wychodzą nowe, historia jest już stara, oklepana, wszystkim znana. Mimo wszystko, ludzie chętnie je kupują, przeżywają na nowo. Dlaczego tak się dzieje? Przyzwyczajenie, czy też może co raz bardziej dopracowany tytuł?

Do Japonii powróciło stare, dobrze wszystkim znane i lubiane DBZ w odświeżonej wersji znanej jako Dragon Ball Kai. Taki też tytuł nosi najnowsza gra z dopiskiem Saiyajin Raishu, co zostało przetłumaczone jako „Attack of the Saiyans". Jak się wszyscy domyślają, cała akcja rozgrywa się podczas pierwszych odcinków anime, kiedy to Saiyanie zaatakowali Ziemię. Czy to oznacza, że gra jest krótka? Mi jej przejście (bez tych wszystkich pobocznych pierdół i ukrytego bossa) zajęło 32 godziny (!). To wszystko dzięki zadaniom pobocznym, o których nie ma mowy w oryginałach. Chociaż nigdy nie podobały mi się takie własne dopowiedzenia, tutaj jednak zostały one bardzo dobrze dopasowane i skomponowane z resztą. Z dużego minusa zrobił się plus.

Wszyscy doskonale znamy ten magiczny świat, stylizowany na naszej prawdziwej Ziemi. Choć nie jest to ogrom na skalę Dragon Questów (nawet tych na Nintendo DS), jest kilka miejsc do zwiedzenia. Gra nie jest szczególnie trudna, ale przechodząc do nowej lokacji, musimy zazwyczaj trochę potrenować (podexpić), w przeciwnym przypadku przeciwnicy nas zgładzą.

Dragon Ball Z: Attack of the Saiyans jest grą RPG z turowym systemem walki. I bardzo słusznie. W końcu jakaś odskocznia od ciągłych bijatyk i mordoklepek. Nie oznacza to jednak, że gra jest powolna i bez akcji. Otóż jest wręcz przeciwnie. Walki są naprawdę szybkie i dynamiczne, w czym dodatkowo pomaga muzyka. Przeciwników spotykamy losowo, a ich lista jest dość długa. Jeśli już ktoś się na nas nadzieje, mamy do wyboru: zwykły atak, super atak typu Kamehame, combo używając siły mięśni, ultimate atak, itemy, obrona, albo po prostu ucieczka. W trakcie atakowania rośnie pasek „sparking". Jeśli się napełni, bohater wydobywa z siebie dodatkowe pokłady drzemiącej w nim siły i wtedy robimy rzeźnię wyskillowanym atakiem ostatecznym. Ataki są świetnie przeniesione z mangi czy też naszych telewizorów. Postawy, ruchy, jak się na to wszystko patrzy, ma się wrażenie „Ej, ja to znam!" i łezka w oku się kręci. Byłem zaskoczony takim dokładnym odwzorowaniem. Oczywiście pozytywnie.

Wspomniałem o skillach. No właśnie! Z walk dostajemy punkty AP, za które wykupujemy nowe umiejętności lub odpicowujemy te już nam znane. Bardzo fajny system rozwoju postaci, zwłaszcza, że to ty masz nad nim kontrolę.

Graficznie gra jest naprawdę bardzo dobra Lokacje są pięknie namalowane. Całość jest w ślicznej dwuwymiarowej oprawie. Osobiście o wiele bardziej lubię ten styl od koślawego 3D.

Kilka słów o ścieżce dźwiękowej. Oryginalny japoński dubbing oddaje świetny klimat starych dobrych czasów. Muzyka zaś jest nowa. I tutaj troszku szkoda. W walce wypada świetnie, jednak niektóre kawałki poza nią są wręcz denerwujące. Mi bardzo przypadła do gustu stara ścieżka dźwiękowa, lecz nie usłyszymy jej w produktach DB Kai. A naprawdę bardzo szkoda.

Podsumowując gra wypadła świetnie. Jest to must have nie tylko dla fanów serii, ale i również fanów RPG, ponieważ mamy tutaj udane połączenie zupełnie dwóch różnych światów. Wypełnianie zadań pobocznych świetnie pozwala odetchnąć od przepakowanych akcją bijatyk. System walki został świetnie rozwiązany, wprowadzając podział na tury, jednocześnie nie nuży. Rozgrywka sprawi, że również i przeciwnicy Smoczych Kul się w nich zakochają.

Autor: SebastianL92

Dobre

  • Stare DBZ w odświeżonej wersji
  • Muzyka podczas walk
  • System walki i skille
  • Dynamika
  • Piękne lokacje!

Złe

  • Muzyka poza walką bywa denerwująca
8

Świetna

Grafika - 8
Muzyka - 7
Gameplay - 9
Po raz pierwszy sięgnął po pada na początku lat 90-tych, kiedy to gry znajdowały się w kartridżach, składały się tylko z pikseli, oraz chodziło się w dwuwymiarze, a muzyka miała mocny wydźwięk elektroniczny ze względu na moce chipów w tamtych czasach. Wtedy dostał Pegasusa i Game Boya, ale jego prawdziwa miłość do grania zaczęła się, gdy uruchomił Yoshi's Island na SNESa. Od tej pory Nintendo zyskało fana ich gier. Potem jego nowo nabyta pasja przerzuciła się na inne konsole, nie tylko te od Nintendo. Gdy nie gra, "hoduje pingwina" w blaszaku, klepie kod, ogląda magazyny popularnonaukowe, kreskówki albo dobre kino. Służy pomocą przy dodawaniu tytułów do bazy gier.

Zostaw Komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Zapomniałeś hasła?

X