Hey! PIKMIN Recenzja

W 2015 roku fani Nintendo usłyszeli niespodziewaną informację o tym, że nie dość, że Pikmin 4 powstaje, to jeszcze jest bliski ukończenia. Wtedy wszyscy oczekiwali pojawienia się czwartej instacji tej serii na konsole Wii U. Jednak wieść powoli cichła i wszyscy zdawać by się mogło zapomnieli, aż nadszedł 1 września 2016. Wtedy właśnie odbył się Nintendo Direct, na którym zapowiedziano pierwszego Pikmina na konsole przenośne, znanego dzisiaj jako Hey! Pikmin.

Już wtedy projekt wywołał mieszane odczucia. Czy to właśnie miał być Pikmin 4? Gra nie miała wtedy określonego tytułu i z kontekstu nie było jasne, czy należeć będzie do głównej serii. Szczególnie że pierwsze co zaskoczyło graczy w trailerze, to widok 2D i rozgrywka fundamentalnie różniąca się od trzonu marki. Gra dość szybko zyskała miano niechcianej i niepożądanej przez nikogo. Jednak Nintendo nieraz pokazało, że tego typu ryzykowne decyzje mogą przynieść nieoczekiwanie dobre efekty, dlatego też postanowiłem przetestować Hey! Pikmin na własnej skórze konsoli.

 

 

Dziś wiemy, że Hey! Pikmin to spin-off, zaś wspomniana wcześniej czwarta cześć głównej linii wciąż powstaje, więc można by rzec, że wilk syty i owca cała. Na spokojnie więc możemy zapytać, na czym polega cała zabawa? Otóż Kapitan Olimar ponownie rozbija się na nieznanej planecie, z którego wypadku cudem ocalał i zupełnym przypadkiem odnajduje znane mu Pikminy. Tym razem jego zadaniem jest zebrać 30 tysięcy jednostek paliwa Sparklium plus parę niezbędnych części do statku, które są rozlokowane po całej planecie złożonej z 8 aren podzielonych na mniejsze lokacje w stylu takich gier jak Super Mario Bros. 3. Łącznie otrzymujemy ponad 40 różnych pełnych poziomów.

Rozgrywka wygląda bardzo prosto – pojawiamy się w punkcie początkowym planszy i eksplorując ją wzdłuż i wszerz, zbierając po drodze przedmioty wymienialne na paliwo oraz Pikminy, musimy trafić do punktu końcowego, który sygnalizowany jest obecnością naszego statku. W trakcie przemierzenia czeka nas sporo potworów do pokonania (lub ominięcia), zaś niejednokrotnie Olimar wraz z Pikminami będzie musiał zadbać o odpowiednie utorowanie trasy.

Umiejętności głównego bohatera są jednak mocno ograniczone – jest wolny, nie umie skakać, a w starciu z przeciwnikami jest bezbronny. Jego jedyne zdolności to pływanie, latanie jetpackiem oraz ta najbardziej kluczowa – nawoływanie Pikminów. Powracają one w takiej samej konfiguracji jak w trzeciej odsłonie, posiadając identyczne cechy zaś ich rola sprowadza się w zasadzie do tego samego co zawsze, co w przypadku tej gry nie jest takie oczywiste. Dlatego też każdy grający i zaznajomiony z realiami serii od razu będzie wiedział, co jest pięć.

Jednak na tym i na powracających potworach cechy wspólne z serią się kończą. Przejście ze świata trójwymiarowego do dwuwymiarowego sidescrollera diametralnie odmieniło format rozgrywki, gra niemal całkowicie straciła zmysł strategiczny, a na pewno w takim sensie, z jakim mieliśmy do czynienia w poprzednich odsłonach. Przy czym tak jak wspomniałem, Pikminów wciąż będziemy używać do tych samych zadań. Czym więc jest właściwie Hey! Pikmin? Choć znajdujemy tu podstawowe cechy gry platformowej, to zdecydowanie brakuje tu dynamiki i skomplikowanych mechanik, aby nazywać ją platformówką. Większy nacisk położymy więc na analizowanie w jaki sposób będziemy musieli wykorzystać umiejętności Pikminów aby przedostać się do interesującego nas przedmiotu lub przejść bez szwanku przez jakieś pułapki czy odpowiednio utorować sobie drogę. W tym sensie, jest to więc bardziej gra logiczno-zręcznościowa oparta na platformowych fundamentach. I choć pomysł brzmi ciekawie, to z przykrością stwierdzam, że z tym zadaniem Hey! Pikmin nie radzi sobie zbyt dobrze.

W grze mamy 5 rodzajów Pikminów i 4 z nich pojawiają się prawie na początku gry. Wydawać by się mogło, że jest to odpowiednio duża „skrzynka z narzędziami” dla twórców, aby stworzyć odpowiednio wiele ciekawych i różnorodnych zagadek (słowo zagadka używam synonimicznie ze słowem problem czy puzel – w tym sensie zagadką może być nawet problem jak pokonać potwora czy jak dostać się na najbliższą platformę). Niestety gra korzysta z tego „daru” w bardzo ograniczonym stopniu i w sposób bardzo dosłowny sama podsuwa graczowi rozwiązania. Pikminy mogą pokonywać przeciwników, dostawać się do lokacji dla Olimara (bohatera gry) niedostępnych, a zależnie od ich „gatunku”, wykonywać specjalne zadania jak np. gasić ogień, rozwalać wielkie kryształy stojące na drodze czy na przykład pływać pod wodą wraz z naszą postacią. Najczęściej jednak będziemy używać jednego rodzaju Pikminów na raz, zaś spośród kilkudziesięciu plansz tylko parę razy (a może nawet raz?) byłem w posiadaniu 3 z 5 gatunków Pikminów naraz. Co gorsza, zdecydowana większość zagadek, na które natrafimy, nie sprawiają graczowi żadnej trudności – i wcale nie chodzi o aspekt zręcznościowy, ale „myślowy”. Choć przyznam, że plansze różnią się od siebie prowadzeniem rozgrywki, to ostatecznie nie da się nie zauważyć, że w gruncie rzeczy są to poziomy pozbawione kreatywności a z wielu różnych pomysłów korzystają w sposób powierzchowny. Co więcej, ucząc się mechanik gry szybko zdałem sobie sprawę, że późniejsze etapy często wydawały się prostsze, bo już nic nie było mnie w stanie zaskoczyć. I chciałbym móc powiedzieć coś więcej o tych zagadkach, ale co stwierdzam z przykrością – po prostu się nie da.

Faktycznym wyzwaniem gry jest przejście jej bez straty żadnego Pikmina. I przyznam, że pod tym względem gra nabiera nieco więcej charakteru, bo Pikminy giną od razu w przypadku fizycznego kontaktu z większością potworów. W głównej serii mogliśmy sobie pozwolić na „eksperymentowanie”, do tego gra nas zresztą zachęcała, jednak tutaj je sli mamy ambicję na 100% przejście gry, nie zawsze możemy sobie na to pozwolić, bo choć uczymy się wszystkiego przez obserwację, czasem ta obserwacja zawodzi. Mi intuicja nie zawsze była pomocna i czasem z nowo napotkanym przeciwnikiem traciłem Pikmina lub parę. Co gorsza, sama mechanika ataku i obrony sprawia, że mamy mocno ograniczoną mobilność. Nie możemy obejść przeciwnika, bo jest to w końcu 2D, więc musimy bezczynnie czekać na jego odpowiednie ustawienie – a gdy jest ich więcej, czekać musimy odpowiednio dłużej. To dodatkowo spowalnia i tak już powolną grę. Zresztą zależnie od sytuacji nie będziemy mogli w ogóle czekać, tylko działać szybko, przez co w efekcie stracimy naszych podopiecznych. Czuję jednak, że to dość poważny problem aby połączyć naturę Pikminów z tego typu systemem walki, który po prostu nie sprawia dostatecznej frajdy. Często miałem wrażenie, że gra bywa mało „sprawiedliwa, że wrzuca gracza w ślepy zaułek i stara się sztucznie utrudnić mu grę (zakładając, że chce wszystko przechodzić na 100%). Co innego walki z bossami – te są zdecydowanie za proste nawet z myślą o niestraceniu żadnego współtowarzysza. Jednak różnorodność potworów jest zdecydowanie na plus, bo dość często właśnie to podtrzymuje naszą uwagę. Ogólnie czuć jednak pewien niedosyt, choć nasila się on dopiero wtedy, kiedy zdajemy sobie sprawę, że gra zdecydowanie za mało nagradza nas za pilnowanie i dbanie o nasze Pikminy. Po ukończonej planszy trafiają one do specjalnego Parku, w którym mogą zbierać dla nas kolejne jednostki paliwa…. i tyle.

O pomstę do nieba wołają wszystkie dodatkowe bonusowe lokacje w grze, tak zwane Secret Spoty. Są one powiązane z Pikmin Parkiem, ale nie mają absolutnie żadnej wartości i są wręcz oburzająco proste do ukończenia. Zastanawia mnie kto wpadł na tak beznadziejny pomysł, momentami mam wrażenie wręcz bezczelnie kpiący z gracza. Równie irytujące bywają cutscenki w trakcie plansz, których nie da się pominąć, a które nie są szczególnie zabawne i oglądając je miałem podobną refleksję – „po co”. Do nich jednak jeszcze wrócimy.

W całej grze można policzyć na palcach jednej ręki rozwiązania, które zapadają w pamięć lub lokacje, które wyróżniają się na tle reszty. Pomysły często się powtarzają, a gra jedynie czym rotuje, to krajobrazami, potworami i różnymi ścieżkami. I to trochę ironiczne, ale to właśnie przez to gra się w Hey! Pikmin dostatecznie przyjemnie. Nie chcę być źle zrozumiany, ale zmierzam do tego, że plansze są na tyle krótkie, że w pewnym sensie motywy eksploracyjne eksponowane w każdej z nich na tyle się różnią, że krótkie posiedzenia wypadają całkiem pozytywnie w tej grze. Dzieje się tak również dlatego, że bardzo ważnym czynnikiem jest tutaj oprawa audiowizualna, o której do tej pory nic nie powiedziałem. Często będziemy eksplorować jaskinie, parki, pozostałości po budowie, lodowe krainy i wiele, wiele innych. Cały klimat jest budowany w oparciu o różnorodne tła i często zmieniające się formy platform, których odmienny styl graficzny nadaje wrażenie głębi, do tego cała gama potworów sprawia, że oko się nie nudzi. Nawet jeśli wiele zagadek się powtarza, to cała otoczka nieco nas oszukuje, co umówmy się, w ostatecznym rozrachunku idzie pozytywnie na konto gry. Przyczepię się jednak do samego wykonania – jest trochę ubogie jak na 2017 rok, rozmyte tła niezbyt dobrze współgrają ze źle wyglądającym Olimarem i Pikminami, głębia uzyskana w ten sposób sprawia raczej średnie wrażenie, choć spełnia swoją rolę. O zgrozo gra lubi gubić klatki (grane na Nintendo 2DSie), zaś efekt 3D w ogóle nie jest wspierany, a sądzę, że dałoby się go zastosować. Muzyka dobrze akompaniuje się z tym co się dzieje na ekranie i jest to najlepiej przełożony element z głównej serii – czuć, że jest to Pikmin, a muzyka jednocześnie pasuje do nowego rodzaju rozgrywki. Nie jest to nic szczególnego, ale całość sprawia wrażenie spokoju, wygody, relaksu, co świetnie komponuje się z powolnym flow gry.

Choć mój ton jest dość negatywny, to myślę, że gra znajdzie odbiorców wśród starszych graczy i mam tu na myśli fanów gier opartych przede wszystkim na klimacie i wizualizacjach – na myśl przychodzą mi takie tytuły jak Yoshi’s Woolly World czy Kirby’s Epic Yarn. Zastanawiam się, czemu Nintendo zdecydowało się zrobić z tej gry Pikmina, skoro nie jest to gra dla fanów Pikmina. Wydaje mi się, sądząc dodatkowo po reklamach publikowanych na YouTubie, że Hey! Pikmin jest grą dla dzieci i być może jest to próba zwrócenia uwagi młodych graczy na serię, która moim zdaniem jest szalenie niedoceniona. Niewymagająca rozgrywka dla gracza wybaczającego wiele niedociągnięć, „dziecięca oprawa audiowizualna” (która odpycha wielu graczy od wielu lat w przypadku gier Nintendo), kampania reklamowa nastawiona na młodego odbiorcę i te nieszczęsne cutscenki, które opierają się na prostych gagach przedstawiając Pikminy jako infantylne stworzonka.

I tak dochodzimy do końca tej recenzji. Gry z głównej serii to unikalne strategie, w których liczy się umiejętność odpowiedniego planowania przyszłych i teraźniejszych ruchów, ciągłego analizowania sytuacji w jakiej się znajdujemy oraz takiej w jakiej możemy się zaraz znaleźć. Z kolei Hey! Pikmin jest tego ducha absolutnie pozbawione, dodatkowo nie spełniając się w swoim nowym formacie. Ktoś zapyta, czy można wymagać czegoś takiego od gry opartej na takich założeniach i mechanikach. Odpowiem bardzo prosto i stanowczo – tak.

Dobre

  • Można się zrelaksować na kilkanaście-kilkadziesiąt minut

Złe

  • Słabo zaprojektowane poziomy
  • Beznadziejne lokacje bonusowe
  • Irytujące, niepotrzebne cutscenki
6

Przyzwoita

Gameplay - 5
Grafika - 6
Dźwięk - 7
Oddany fan Nintendo, choć raczej nie Nintendrone. Wciąż wierzę, że hydraulik z ekipą może zawojować Polskę. Oprócz grania w gry dla dzieci interesuję się muzyką, filozofią, literaturą sci-fi i dobrym piwem. Jeśli to czytasz, to życzę miłego dnia :)

Zapomniałeś hasła?

X