Wii Sports Resort Recenzja

Z Wii Sports miał styczność chyba każdy posiadacz Wii. Tytuł dodawany do każdej, nie licząc terenu Japonii konsoli, szybko zdobył w sposób oczywisty miano najlepiej sprzedającej się gry w historii elektronicznej rozrywki. Stało się więc jasne, że Nintendo postanowi stworzyć jej kontynuację i tym razem spróbuje namówić do kupna (prawie) samodzielnego produktu. A nadarzyła się ku temu wspaniała okazja, gdyż w okresie wydania Wii Sports Resort na rynek trafiła również przystawka Wii MotionPlus, z której gra zrobiła użytek. Jak jej się to udało i czy okazała się ona lepsza od swej przeciętnej poprzedniczki?

Trzeba zacząć od tego, że Wii Sports Resort wymaga od Ciebie, drogi graczu, posiadania wspomnianego Wii MotionPlus, które nadzwyczaj tanie niestety nie jest. Koszt jednej sztuki oscyluje w granicach 70-100 złotych, natomiast zabawa w cztery osoby jednocześnie (nie licząc wymagających jeszcze dodatkowych Nunchuków wyścigów na skuterach wodnych i kolarstwa) to już wydatek rzędu bagatela 300 zł (plus cena gry). Optymalnym rozwiązaniem wydaje się jednak zakup wyłącznie dwóch przystawek, z czego jedną warto nabyć w zestawie z grą płacąc ponad 200 PLN. Tak czy inaczej cena niewątpliwie jest adekwatna do możliwości oferowanych przez akcesorium, czemu dowodzi każda z kilkunastu dostępnych w WSR sportowych mini-gier.

Wszystko zaczyna się na malowniczej wysepce Wuhu, na którą trafiamy na samym początku rozgrywki wykonując efektowny skok spadochronowy z pokładu samolotu. Zaraz po udanym lądowaniu przenosimy się do menu głównego, skąd wybrać możemy dowolną konkurencję. Mimo iż w menu widać ich „tylko” 12, to wszystkie zostały podzielone na „podkonkurencje”. I tak na przykład w koszykówkę możemy grać zarówno w 3-minutowym meczu 3:3 zawodników, jak i wziąć udział w konkursie rzutów za 3 punkty (czyżby Big N lubiło tę liczbę?). Z kolei rzucanie dyskiem (talerzem) na plaży przy uczestnictwie pieska oraz do celu na polu golfowym należą do kategorii frisbee. Zabawy jest zatem co nie miara, a żywotność WSR przedłużają stworzone na modłę xboksowych osiągnięć czy znanych z PS3 trofeów tzw. pieczątki, które zdobywamy za wypełnienie określonych zadań.

Ale analogicznie do Wii Sports naszą główną motywacją do dalszej zabawy (zwłaszcza, jeśli gramy w pojedynkę) jest zdobywanie punktów doświadczenia – ich dorobek pomnażamy w miarę postępów w danej dyscyplinie. Gdy przykładowo dobijemy do poziomu 1500 punktów w ping-pongu, na naszej drodze staje champion znacznie przewyższający umiejętnościami pozostałych oponentów, którego pokonanie jest nie lada wyzwaniem. Oczywiście kolejne godziny rozgrywki zapewni nam zabawa w dwie (a w części konkurencji nawet we cztery) osoby. W przypadku łucznictwa czy kręgli do zmierzenia się ze znajomymi wystarczy jedna przystawka WMP, ale już chociażby chcąc stoczyć pojedynek na miecze ze znajomym potrzebujemy dwóch takich urządzeń. Mimo tego warto je zakupić, bo w produkcji Nintendo znajdzie coś dla siebie tak doświadczony gracz, jak i osoba nie mająca z grami wiele wspólnego. W związku z tym do gry łatwo powinna zaciągnąć się cała rodzina albo uczestnicy trwającej właśnie imprezy. I jakkolwiek by nie patrzeć – bezpośrednia rywalizacja z żywym przeciwnikiem daje znacznie więcej frajdy niż pojedynek ze sztuczną inteligencją.

Tutaj też znajdzie się miejsce na łyżkę dziegciu w beczce miodu – w grze o zgrozo nie uświadczymy trybu sieciowego, którego brak doskwierał również w poprzedniej części gry. Twórcy pozbyli się za to innej stosunkowo istotnej wady poprzednika, a mianowicie niespójności świata gry. W przeciwieństwo do Wii Sports, gdzie z poziomu menu przeskakiwaliśmy nagle z kortu tenisowego na kręgielnię czy pole golfowe, tutaj wszystkie miejsca tworzą składną przestrzeń, o czym możemy przekonać zasiadając w jednym z trybów za sterami dwupłatowca i podziwiając uroki Wuhu. A jest co podziwiać, bo wyspa stworzona została z rozmachem i niezmiernie przyjemnie ogląda się nie tylko areny sportowych zmagań, ale również pozostałe części Wuhu Island.

Ogólnie rzecz biorąc oprawa graficzna prezentuje się naprawdę przyzwoicie, choć na kolana nie powala. Jest niezwykle barwnie i nawet sam klimat wysepki potrafi wprowadzić w dobry nastrój. Wprawdzie chwilami rażą brak anti-aliasingu i miejscami brzydkie tekstury, ale grająca pierwsze skrzypce w wielu konkurencjach ślicznie wyglądająca woda oraz płynna animacja w pełni wynagradzają nam te niedociągnięcia.

Jeśli zaś idzie o warstwę audio, to ona także nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym. Kilka prostych melodii i okrzyki kibiców znacznie ustępuje temu, co serwują nam chociażby „sportówki” ze stajni EA Sports, ale już takie szczegóły jak odgłos wydawany przez piłeczkę pingpongową czy dźwięk naciąganej właśnie cięciwy łuku radzą sobie całkiem nieźle. De facto idealnym określeniem odzwierciedlającym sferę audio oraz wideo jest prostota.

Owa prostota (obecna głównie w początkowym stadium gry) charakteryzuje także dwie najmocniejsze strony Wii Sports Resort, czyli gameplay i sterowanie. Kontrolowanie Mii jest bardzo intuicyjne i nawet największy „growy” laik szybko nauczy się prawidłowo machać Wiimotem. Jednak aby poznać wszelkie tajniki poszczególnych sportów trzeba poświęcić masę czasu przy okazji wydzielając hektolitry potu (niektóre konkurencje wymagają naprawdę sporego wysiłku fizycznego!). Dlatego też, jak już zdążyłem nadmienić, Wii Sports Resort to tytuł dla wszystkich, niezależnie od wieku, płci czy innych czynników.

Należy też pochwalić Wii MotionPlus, które zgodnie z zapowiedziami odwzorowuje ruchy kontrolerów w skali 1:1. Jeśli nie dostrzegacie różnicy w sterowaniu po grze w skydiving, frisbee czy walce na miecze to wypróbujcie golf i kręgle, które tak jak w Wii Sports dostępne są po przejściu lekkiego liftingu i tu. Co niezwykle ważne, precyzja urządzenia potęguje radość płynącą z gry w dzieło Wielkiego N, a nie w niej przeszkadza. Moimi osobistymi faworytami do tytuły najmiodniejszej konkurencji są tenis stołowy (ach, te wymiany!), koszykówka, kajakarstwo (czułem się, jakbym rzeczywiście siedział w kajaku) i łucznictwo (jedna z trzech gier wykorzystujących Nunchuka). Właściwie każda z mini-gier ma do zaoferowania coś innego i każda umie do siebie przyciągnąć na długie godziny.

Wii Sports Resort mogę bez zastanowienia polecić dosłownie każdemu właścicielowi Wii. Mimo drobnych niedociągnięć natury technicznej, braku online’u i faktu, iż jest to przecież wyłącznie zestaw kilkunastu mini-gier, produkcja Ninny jest jedną z czołowych pozycji na Wii. Jeśli więc podobała Wam się poprzednia odsłona gry, jeszcze wahacie się nad kupnem Wii MotionPlus albo po prostu szukacie bardzo solidnej gry (nie tylko do rozgrywki multiplayerowej) to pędźcie do sklepu, by zaopatrzyć się we własny egzemplarz WSR i zacznijcie zabawę na rajskiej wysepce Wuhu.

Autor: Duud

Dobre

  • Genialne sterowanie z użyciem WMP
  • Wyspa Wuhu
  • Niezwykle satysfakcjonująca rozgrywka
  • Zabawa na dłuuugie godziny

Złe

  • Drobne defekty techniczne
  • Brak trybu sieciowego
  • Tu jednak tylko zbiór minigier
7.7

Dobra

Grafika - 7
Muzyka - 7
Gameplay - 9
Po raz pierwszy sięgnął po pada na początku lat 90-tych, kiedy to gry znajdowały się w kartridżach, składały się tylko z pikseli, oraz chodziło się w dwuwymiarze, a muzyka miała mocny wydźwięk elektroniczny ze względu na moce chipów w tamtych czasach. Wtedy dostał Pegasusa i Game Boya, ale jego prawdziwa miłość do grania zaczęła się, gdy uruchomił Yoshi's Island na SNESa. Od tej pory Nintendo zyskało fana ich gier. Potem jego nowo nabyta pasja przerzuciła się na inne konsole, nie tylko te od Nintendo. Gdy nie gra, "hoduje pingwina" w blaszaku, klepie kod, ogląda magazyny popularnonaukowe, kreskówki albo dobre kino. Służy pomocą przy dodawaniu tytułów do bazy gier.

Zostaw Komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Zapomniałeś hasła?

X